Mapa strony |
Home > O Nas
 Kim jestem? Nazywam się Lilka. Urodziłam się 29 lipca 1980 r. w Grojcu. To były najważniejsze wakacje w moim życiu - i może też dlatego jestem taka leniwa:) Dwa tygodnie później zamieszkałam z moja babcia w Warszawie, w której mieszkałam aż do września 2005 roku. Myślę, że jestem wszystkim, czego mnie nauczyła, co po niej we mnie zostało. Właściwie wszystko, co mam zawdzięczam jej wychowaniu, miłości i poświęceniu.
Całe moje życie składa się z kawałków. Albo tych, które dopiero się otwierają, albo tych, które dopiero co zamknęłam. Pierwszym wydarzeniem, które pamiętam był mój kolorowy beret, zwisający smętnie na gałęzi drzewa na stoku glinkowej górki. Miałam wtedy 4 albo 5 lat. Zbiegałam a on zaczepił się i został. Teraz jestem sweterowa dziewczynka, z zawodu prawnikiem z wyboru mama Amelki, Franusia zwanego Ptysiem i przywódca stada RudeUszy (przynajmniej się staram:)
 Grudka i Gizunia są moimi najlepszymi przyjaciółkami, tymi prawdziwymi, od serca! Rozumiemy się często bez słów. Są częścią mojej rodziny. Czy seter będzie najlepszym przyjacielem? Zależy, czego oczekujemy od tej przyjaźni. Zależy, czym jest dla nas przyjaźń.
Moje rude potrafią mnie pocieszyć jak nikt. Potrafią ogrzać smutek i zlizać każdą nie wiem jak gorzką łzę. Kiedy wracam zmęczona do domu, patrzą na mnie poganiając głębokim spojrzeniem, machnięciem ogona "na spacer". Tam mogę odpocząć, przemyśleć wszystkie problemy, oderwać się od rzeczywistości. I tak wędrujemy przez pole, łąkę i las, aż zastaje nas zmierzch. Nie, rude nie są zmęczone. A i ja odpoczęłam. Niby mi towarzyszyły, ale bardzo byś się zdziwił, gdybyś chciał je odnaleźć przy mojej nodze. Obiegły trzy razy pole, przeszukały trawy i pobliskie krzaki. Pobiegły aż po horyzont. Wypłoszyły 2 bażanty i choć wstyd się przyznać wypłoszyły polną mysz.
Takie są moje rude, zwariowane, biegające i zawsze szczęśliwe. Nie zamieniłabym je na żadne inne psy. Mimo, że zawsze muszę długo gwizdać, żeby wróciły do nogi pod koniec spaceru. Ale to moja wina, za bardzo je kocham, za bardzo rozpuściłam, chociaż wcale tego nie żałuję i pewnie przy moim kolejnym szczeniaku zachowam się tak samo. Taka jest ta nasza przyjaźń. Ale ja od zawsze wolałam dawać niż brać, od zawsze chciałam kochać i dzielić się każdym plasterkiem kiełbasy z rudym nosem pod stołem stukającym mnie w kolano.
10 zdań o Lilce 1. Dlaczego nazywam się Lilka? Bo Ona tak chciała. Mogłaby równie dobrze nazwać mnie Kornelia 2. Mój najlepszy przyjaciel? Grudka i ja sama (jak mówi moja siostra) 3. Kocham Boga, bo On kocha mnie 4. Największe szczęście? Jeszcze mnie nie spotkało dziś wiem, ze moje dzieci 5. Lubie morze, czarne oliwki, serek waniliowy i czarna czekoladę 6. Smutek nie do opisania? Bezradność, tęsknota, zal, gdy odchodzą Ci, których kochasz 7. Marzenie? Dom z wielkim oknem - prawie skończony 8. nie ma 9. nie ma 10. nie ma MOJA PASJA, PODRóżE DO śRODKA SIEBIE
 
 pamiętnik z Tunezji 27 IX - 4 X 2007
 27 września – 11 października 2007
Sousse Tunezja, podróż we wspomnienia
4 października 2007 Drugi nasz tydzień Tunezji, drugi tydzień słońca, morza w tunezyjskim pyle. Przyciąga jak magnez, chociaż razi biedą, prostotą wszelkiej radości. Czym że jesteś Tunezjo w całym swym uroku? Co tak przyciąga w morzu pełnym wodorostów, we wrzasku arabskiego suku? Czym smakuje ostre jak diabli jedzenie? Słodyczą winogron słodkiej do bólu boga. Po raz kolejny odkrywam Twoje tajemnice. Pierwszego dnia w duszącym upale wlokę się krok za krokiem na medinę i bazar, szukam znajomych miejsc, tych za którymi tęskniłam, tych, które miały niegdyś tak wiele uroku. Nie znajduję. Czyżby zniknęły ukryte przez lata. Czy tak bardzo się zmieniłaś? Czy może ja... Wiem już, że gdy odjadę pokocham Cię na nowo, wiem, że zachowam w sercu twój zapach, tak odmienny od mojego domu, twoje niebieskie i bezkresne morze. Morze, które każdego dnia wyrzuca fale na brzeg mojej plaży. Morze o stu kolorach błękitu, zieleni i kobaltu. Morze, pachnące ryba, solą i wolnością. Morze, które na nowo dało mi siły by walczyć o szczęście. Morze pełne muszelek, które tak uwielbiam zbierać. Krzyk arabskiego chłopca sprzedającego kluchowate bagietki na targu. Wesołe oczy staruszki w zakrytej chustą twarzy. Co jeszcze skrywasz w sobie? Co kryje się pod okrągłą kopułą minaretu, gdzie ten cały sens ramadanu? Jaka jesteś Tunezjo w swoim islamskim życiu? Dziś pojechaliśmy pociągiem ulicznym odwiedzić po raz kolejny Port Elkanatui, miejsce pełne turystów, głośnych knajp pełnych muzyki, ryb i ludzi. Długi spacer po porcie zakończyliśmy kawą i lodami w przegwizdanej portowej knajpie. Było fajnie. Lilka
Kaiouran, święte miasto Port El Kantua
 Nasze miejsce w Afrykańskim słońcu. Portowa przystań, ławka z burym kotem, jachty kołyszące się na wietrze. Tak różne od Sousse, od Kirkuanu czy Mahidji. El Kantua zielone, europejskie, ciche i spokojne. Mahidia
 Kolorowe dzieci wśród białych domów z kamienia, Mahidia senne miasteczko białych grobów na wybrzeżu. Morska latarnia, kamienne łuki, rzymskie kolumny wyciągające się ku słońcu, odbijającemu się w morskich kamieniach. Mahidia, prosta droga do celu. Gwarny targ pełen chińskich kolorowych ubrań, garnków ze złotymi uszami, pełen przypraw, owoców raz ludzi, zapatrzonych w swe myśli. El Dzem
 Długa gwarna ulica, prowadząca z dworca ku rzymskim murom. To El dzem, Rzymskie koloseum. Paryż - to był maj... (2008 r.)
 coś miłego memu sercu :)
 Najlepsze kasztany ;)

Tego miejsca nie trzeba przedstawiać. Nie koniecznie tu pasuje. A może właściwie, zupełnie nie jestem tu na miejscu. Chociaż zapewne każda kobieta marzy, aby tam się znaleźć. Po to, aby wrócić rozczarowana ;) spotkania pierwszego stopnia
  Kraków luty 2009 r.

20 lutego wyjechaliśmy do Krakowa. Sami, bez dzieci, bez psów. Ja i moja buła z serem :) -----> początkowo odchudzenie postanowiłam odłożyć na czas późniejszy. W końcu skądś muszę czerpać siły na szukanie włóczki!
Na pierwszym zdjęciu widać jak ogromnego kotleta dostałam w restauracji Polakowski (i jak ja mam schudnąć jak wszyscy są przeciwko mnie???!!! ;)) nie, nie dałam rady, na szczęście pan obok miał równie duży apetyt i mi Pomógł. Dla nie wtajemniczonym pan ten nazywa się Błażej i od lat 16 jest moim mężem, kościelnym od 5 :)
Na kolejnych czterech zdjęciach widoczki z Krakowa, rynek, Kazimierz. Na dwóch ostatnich nasze spotkanie w Alchemii, ponoć najstarszej i najsłynniejszej restauracji w Krakowie, mieszczącej się na krakowskim Kazimierzu.
  Kreta, wyspa kreta 8 - 22 maja 2011 r.

|
|